Ostatnio coraz więcej gram na gitarze.
Pierwsze wyprawa była na Blues Association de Genève Jam Session czyli jam sticte bluesowy. Poszliśmy we trzech - Ludo (perkusista), Seth (basita) i ja. Ponieważ byliśmy na miejscu w zasadzie jako pierwsi, trafiliśmy we trzech na scenę i próbowaliśmy wygenerować 3 różne "bluesowe" improwizacje. Ciekawe ćwiczenie, jako że wszyscy na codzień gramy i słuchamy raczej innej muzyki, nasze podejście do bluesa jako takiego dość trafnie określił Ludo: "blues jest jak przyprawa - można go dodawać dla nadania smaku, ale jeść samego ciężko".
Po tym jak zeszliśmy ze sceny, zaczęli się przez nią przewijać różni muzycy, reprezentując poziom od umiarkowanego do... nieco gorszego. Jak to bywa na tego typu imprezach, częśc towarzystwa myślała tylko o tym żeby grać solówki i nawet specjalnie nie słuchała co się dzieje. W jednym momencie mieliśmy np dwóch gości w kapeluszach z gitarami, kapela już dawno skończyła a oni z przodu sceny obaj jednocześnie napierali solo... Seth nazwał to zjawisko "the wankiest wankerfest I've ever seen" i w pełni się z nim zgadzam.
Nie żebyśmy my specjalnie odstawali, ja ciągle walczyłem żeby utrzymać się w konwencji wieczoru i w sumie grałem bez większego sensu i byłem dość spięty - szczególnie z początku. Cóż - dobra szkoła w sumie.
Drugie jam session było w piątek wieczorem w CERNowym Music Clubie - a więc lokalna społeczność fizyków i okolic. Tu była trochę bardziej wolna amerykanka, kameralnie, trochę znajomych przyszło pograć i posłuchać. I nawet zaczęło to się całkiem fajnie kręcić - nie kończące się jamy na jednym akordzie których nie sposób przerwać udało się zminimalizować, za to kilka razy ktoś po prostu rzucił jakimś tytułem i graliśmy. Nawet ja z moją nieznajomością "tego co wszyscy znają" jakoś się wpasowałem no i przynajmniej miałem okazję obsługiwać wszystkie 5 podstawowych instrumentów (licząc wokal).
Ale najlepsze wyszło na końcu. Jak już częśc towarzystwa się rozeszła, powoli sprzątaliśmy itp - Randy, jeden z obecnych, wziął akustyk i zaczął śpiewać różne kawałki. No i nagle słyszę że coś kombinuje, szuka, ale akordy brzmią znajomo... no to mówię - "stary, to nie jest przypadkiem Alice?", a on na to że tak, tylko nie pamięta dokładnie... Cóż - ja pamiętałem. Przejąłem gitarę i zapodaliśmy Roostera, a następnie Down in a Hole, No Excuses i chyba jeszcze parę numerów... Okazało się, że osób które zadeklarowały, że Alice in Chains to mogłyby grać całą noc, jest co najmniej trzy - ku mojemu zdumieniu. Całą noc nie graliśmy, ale już wiem co przygotować na następny jam - bo te cernowe jam session to impreza comiesięczna.
Jeszcze jedna rzecz z tego wynikła, w sumie chyba najważniejsza: jest taki koncert w grudniu, nazywa się to chyba "15 minutes of Fame" i chodzi z grubsza o to że dowolny członek Music Clubu może się zgłosić i ma 15 minut na akustyczny występ. Ja od jakiegoś czasu biłem się z myślami i myślałem nawet o tym żeby sam z czymś wyskoczyć, ale teraz mnie olśniło - zaproponowałem Randy'emu wspólny secik Alice, Seth powiedział że chętnie zagra na basie no i mamy trio - dwie gitary, dwa wokale i bas. Taki mały powrót do korzeni - może być całkiem fajnie. Trzymajcie kciuki! Relacja będzie oczywiście, w swoim czasie.

1 komentarze:
To jest To!:0
Prześlij komentarz