poniedziałek, 23 listopada 2009

Pierwsze zderzenia w CMS

Moi drodzy!

Zmuszony jestem znowu zaburzyć nieco chronologię mojego bloga i mimo, że mam kolejkę postów z datami z ostatnich dwóch tygodni do napisania, to dziś wrzucam dzisiejszego - a tamte pojawią się pod spodem. A czemuż to? Ano dziś mieliśmy niespodziankę. Detektor CMS zarejestrował pierwsze w historii zderzenia.


To nie jest byle co. Z tego co pamiętam ostatnie ostrożne szacunki i plany ponownego rozruchu LHC, to pierwsze zderzenia miały być BYĆ MOŻE na początku grudnia. Albo czegoś nie wiem, albo idzie to niesamowicie szybko. Już w piątek wieczorem osiągnięto to, co udało się 10 września w zeszłym roku - pierwsze pełne kółko wiązki wokół akceleratora. Jeszcze tej samej nocy udało się wiązką "przechwycić" w komorach RF i utrzymać na stabilnej orbicie. Nie 2-3 obroty jak rok temu, ale ponad 10 milionów... O 1-szej nad ranem to samo zaczęli robić z drugą wiązką i w 2 godziny też uzyskali nad nią kontrolę. No i potem bawili się cały weekend... Wczoraj wieczorem udało mi się nawet wsmyknąć do CCC (Cern Control Center) i zrobić sobie fotki w historycznym momencie...


Wczoraj akurat nic się nie działo, wściekła się próżnia gdzieś w LINAC-u (pierwszy etap przyspieszania protonów) i reperowali - wiązki nie było. Dziś za to praca ruszyła z kopyta, i po południu już wszyscy przekazywali sobie najnowszą wiadomość: "W LHC są dwie wiązki. Teraz.".

Okazało się, że wpuścili do tunelu obie wiązki na raz i obie przechwycili. No i najwyraźniej tak dobrze się bawili, że pod wieczór postanowili spróbować zderzyć... i udało się. To naprawdę historyczna chwila. Póki co energia jest tylko energią "wstrzyknięcia", czyli LHC nic protonów nie przyspieszał - wziął je tylko tak jak przyleciały z poprzedniego akceleratora w łańcuszku (SPS). Czyli mieliśmy 900 GeV energii w zderzeniu. Z grubsza 1/15 tego do czego zmierzamy. Przed samymi Świętami miała być próba podniesienia energii trochę ponad dwukrotnie. 

Z tego co wiem, to dziś w nocy będą próbowali przyspieszać wiązki...

Próby lakiernicze

Znalazłem ostatnio kilka chwil żeby spróbować wreszcie czy przy pomocy zgromadzonego arsenału narzędzi i przeróżnych chemikaliów uda mi się dokonać punktowej naprawy lakieru na aucie. Jak pisałem wcześniej, wymontowałem kawałek zderzaka żeby na nim poćwiczyć w domu. Był to dość dobry pomysł, bo mogłem to robić na spokojnie, kilka minut jednorazowo rozciągnięte na kilka wieczorów (z przerwami na schnięcie itp.).

Zaczęło się od usunięcia papierem ściernym efektów moich wcześniejszych prób z pędzlem i pryśnięcia na to warstwy lakieru bazowego.



Jak widać nie do końca wyszło - zostało trochę rys (od których cała zabawa z tym elementem się pierwotnie zaczęła) - lakier nie wypełnił ich oczywiście, tylko "pokolorował". W następnym podejściu postanowiłem głębiej wyrównać powierzchnię plastiku papierem ściernym. Po tym jak to nie pomogło do końca, posiłkowałem się jeszcze podkładem do metalu, który zastąpił mi szpachlę. W końcu wyszło w miarę równo, i mogłem pomalować reperowane miejsce pokdładem do plastiku (bezbarwnym) szykując się na kolejną próbę:



Po pomalowaniu lakierem bazowym wyglądało to tak:



Można by się jeszcze przyczepić, ale stwierdziłem że wystarczy. Po odczekaniu kolejnego dnia przyszła kolej na warstwę lakieru bezbarwnego. Niestety pierwsze podejście nie wyszło do końca - nie rozlało się gładko i powstała tzw. "skórka pomarańczy", dodatkowo jak próbowałem polerować następnego dnia, to okazało się, że w miejscu gdzie nowa warstwa się kończy, jest matowy obszar który polerowaniu się nie poddaje. To było do przewidzenia - lakier bezbarwny staje się matowy jak jest zbyt cienki. Próbowałem w prawdzie użyć jakiegoś wynalazku o nazwie "blender" do wtapiania nowej warstwy bezbarwnego w starą, ale najwyraźniej za mało dałem albo coś - nie wyszło.

Kolejne podejście zacząć więc musiałem od zeszlifowania świeżo położonej warstwy bezbarwnej. Oczywiście przy okazji zdarłem również kolor w dwóch miejscach, więc musiałem znowu malować warstwę bazową. Kolejny dzień na wyschnięcie i kolejna próba z bezbarwnym. Tym razem napyliłem grubszą warstwę, i obficiej spryskałem miejsce łączenia blenderem. No i udało się - lakier ładnie się wyrównał na "lusterko" i łączenie też wyszło niewidoczne. Oczywiście nie było wszystko idealnie - w międzyczasie dostały mi się na lakier jakieś pyłki, tak że mam kilka drobnych nierówności na lakierze. Polerka częściowo je usunęła, na szczęście.

Oto efekt końcowy:



Jak dla mnie całkiem nieźle.  Prawdę mówiąc spodziewałem się, że gorzej to wyjdzie. Zobaczymy jak będzie z trwałością. Element zderzaka wrócił na miejsce i jeździ sobie po deszczu. Naprawy nie widać - dopiero jak spojrzeć pod odpowiednim kątem, z małej odległości - to można sobie wmówić, że widać jakąś różnicę.

Teraz pozostaje powtórzyć to samo w warunkach bojowych - na większej powierzchni i już na samym samochodzie - do zrobienie trzy miejsca: róg tylnego zderzaka, lewe tyle drzwi i maska. Zobaczymy.

poniedziałek, 16 listopada 2009

Accent Absent - debiut


Zgodnie z zapowiedziami w ostatnią sobotę mój nowy skład zadebiutował na małej scenie w genewskim klubie The Scene. Klubik malutki ale z zaskakująco dobrą akustyką (jak na gabaryty), publiczność też dopisała. Debiut można uznać za udany. Zagraliśmy 7 czy 8 kawałków - Steve Vai, Eric Johnson, Toto, Dream Theater. Właściwie wszystko co jak dotąd mniej więcej opanowaliśmy. Na koniec jak graliśmy przedostatnią Erotomanię to pokazywali nam zza sceny że to już ostatni kawałek i czas nam się kończy... nie mogłem sobie odpuścić granego na koniec Blue Powder Vai'a, więc w końcówce Erotomanii po prostu ni z tąd ni z owąd przeszedłem do owej balladki, odrobinę zaskakując chłopaków z zespołu, ale szybko zorientowali się co się dzieje i wejście sekcji było w punkt.

Trochę żałuję że nie mam żadnych (prawie) nagrań z tego występu, bo prawdę mówiąc wydaje mi się, że zagraliśmy nienajgorzej. Całość była filmowana przez ludzi z klubu, może uda mi się jakoś dobrać do tej taśmy... tym czasem wrzucam to co mam - krótkie bo krótkie, ale zawsze coś:

video

wtorek, 10 listopada 2009

Pieściwozik Party


Moje nowe hobby staje się coraz bardziej zaraźliwe... udało mi się wkręcić kilka osób w zabawę w dbanie o blask swojego auta. Po zbiorowych zakupach w brytyjskich sklepach internetowych (pod względem kosmetyków do samochodów Francja jest sporo do tyłu - nawet w Polsce są łatwiej dostępne) urządziliśmy sobie małe Pieściwozik Party w jedną sobotę. Spotkaliśmy się w parę osób i przeprowadziliśmy zgrubne przygotowanie do zimy - dokładne mycie, czyszczenie, polerowanie i woskowanie (plus różne inne drobiazgi).

Niestety mam tylko kilka zdjęć "przed" - zdjęć "po" nie udało mi się zrobić, bo zanim całkiem skończyłem zrobiło się ciemno i chłodno i para zaczęła kondensować na karoserii i musiałem przerwać ostatni etap, czyli woskowanie.

 

Na zdjęciu powyżej widać za to kilka ciekawostek - w tle za niebieskimi drzwiami jest nasz auto-klubowy warsztat, te mniejsze drzwi po prawej to pomieszczenie do zmiany i wyważania kół - tego dnia nauczyłem się obsługiwać znajdującą się tam wyważarkę - bardzo wygodna sprawa mieć takie coś pod ręką.

Na zderzaku pod lewym reflektorem widać brak plastikowej zaślepki - mieszka ona teraz w domu i niedługo zacznę ćwiczyć na niej lakierowanie tj. obsługę aerografu itp. Po prawej od peugeota widać za to auto Julii i jej aparat na statywie. Ustawiliśmy go żeby robił zdjęcia co 4 sekundy i z zebranych w ten sposób ponad 4000 zdjęć złożyłem filmik dokumentujący przemianę opla z brudasa w nawoskowanego czyściocha. 

Za autem Julii widać jeszcze Caddy'ego Mariusza, który właśnie podjechał pod myjnię cisnienową - niestety na zimę zdjęli ze stanowisk gumowe węże i jedynym sposobem na spłukanie auta przed/po umyciu była właśnie ciśnieniówka. Swoją drogą polecam spojrzeć na tą stację mycia na poniższym filmiku - widać w tle ilu osobom się wydawało że umyły swoje samochody podczas gdy my pracowaliśmy ;-)

A oto i sam filmik (polecam oglądać bezpośrednio w youtube, po kliknięciu - lepsza jakość)

wtorek, 3 listopada 2009

Accent Absent

No dobra, pora przyznać się do kolejnego zespołu. Od niecałego roku ćwiczę sobie czasami z gościem o imieniu Ludovic, który gra na bębnach. Katowaliśmy we dwóch różne wesołe kawałki, koncentrując się na wyzwaniach technicznych. Takie było założenie. Dream Theater, Greg Howe, Steve Vai i takie tam.

No i parę miesięcy temu znaleźliśmy wreszcie basistę. Na cernowym Hardronic Music Festival zauważyłem, że Seth Cooper, gość z którym razem dłubiemy w jednej analizie fizycznej, gra na basie. Spotkaliśmy się któregoś dnia na kawie, Ludo (perkusista) akurat przypadkiem przechodził a mnie nagle olśniło - i pytam: "Ty, widziałeś tego gościa? Bo my mamy we dwóch taką kapelkę... może chiałbyś z nami...". 

No i od tego czasu ćwiczymy we trzech. Rozszerzyliśmy trochę repertuar, bo mając bas można grać trochę bardziej "normalnych" kawałków, nie głównie ćwiczenia. Spędziliśmy tradycyjnie mnóstwo czasu próbując wymyśleć nazwę dla zespołu... póki co stanęło na Accent Absent. 14 listopada mamy sceniczny debiut w małym klubie w Genewie z 30 minutami instrumentalnego materiału... dla mnie bomba. Znowu jestem zmuszony regularnie ćwiczyć na gitarze żeby podołać kolejnym wyzwaniom...

Ostatnio na próbie nakręciłem filmik, żebyśmy mogli ocenić nad czym się skupić przy pracy itp - i zmontowałem z niego takie małe promo dla zabawy. Oto wynik:



sobota, 17 października 2009

CERN Jam Session (a właściwie dwa)

Ostatnio coraz więcej gram na gitarze. Przez to nie mam czasu pracować nad własnym materiałem w domu. Np. wczoraj i przedwczoraj udałem się na dwa Jam Session. Na pierwsze poszliśmy we trzech z chłopakami z mojej kolejnej kapeli - teraz gram już w dwóch tutaj w CERNie (ale o samej nowej kapeli to pozwolicie że innym razem napiszę).

Pierwsze wyprawa była na Blues Association de Genève Jam Session czyli jam sticte bluesowy. Poszliśmy we trzech - Ludo (perkusista), Seth (basita) i ja. Ponieważ byliśmy na miejscu w zasadzie jako pierwsi, trafiliśmy we trzech na scenę i próbowaliśmy wygenerować 3 różne "bluesowe" improwizacje. Ciekawe ćwiczenie, jako że wszyscy na codzień gramy i słuchamy raczej innej muzyki, nasze podejście do bluesa jako takiego dość trafnie określił Ludo: "blues jest jak przyprawa - można go dodawać dla nadania smaku, ale jeść samego ciężko".

Po tym jak zeszliśmy ze sceny, zaczęli się przez nią przewijać różni muzycy, reprezentując poziom od umiarkowanego do... nieco gorszego. Jak to bywa na tego typu imprezach, częśc towarzystwa myślała tylko o tym żeby grać solówki i nawet specjalnie nie słuchała co się dzieje. W jednym momencie mieliśmy np dwóch gości w kapeluszach z gitarami, kapela już dawno skończyła a oni z przodu sceny obaj jednocześnie napierali solo... Seth nazwał to zjawisko "the wankiest wankerfest I've ever seen" i w pełni się z nim zgadzam.

Nie żebyśmy my specjalnie odstawali, ja ciągle walczyłem żeby utrzymać się w konwencji wieczoru i w sumie grałem bez większego sensu i byłem dość spięty - szczególnie z początku. Cóż - dobra szkoła w sumie. 

Drugie jam session było w piątek wieczorem w CERNowym Music Clubie - a więc lokalna społeczność fizyków i okolic. Tu była trochę bardziej wolna amerykanka, kameralnie, trochę znajomych przyszło pograć i posłuchać. I nawet zaczęło to się całkiem fajnie kręcić - nie kończące się jamy na jednym akordzie których nie sposób przerwać udało się zminimalizować, za to kilka razy ktoś po prostu rzucił jakimś tytułem i graliśmy. Nawet ja z moją nieznajomością "tego co wszyscy znają" jakoś się wpasowałem no i przynajmniej miałem okazję obsługiwać wszystkie 5 podstawowych instrumentów (licząc wokal).

Ale najlepsze wyszło na końcu. Jak już częśc towarzystwa się rozeszła, powoli sprzątaliśmy itp - Randy, jeden z obecnych, wziął akustyk i zaczął śpiewać różne kawałki. No i nagle słyszę że coś kombinuje, szuka, ale akordy brzmią znajomo... no to mówię - "stary, to nie jest przypadkiem Alice?", a on na to że tak, tylko nie pamięta dokładnie... Cóż - ja pamiętałem. Przejąłem gitarę i zapodaliśmy Roostera, a następnie Down in a Hole, No Excuses i chyba jeszcze parę numerów... Okazało się, że osób które zadeklarowały, że Alice in Chains to mogłyby grać całą noc, jest co najmniej trzy - ku mojemu zdumieniu. Całą noc nie graliśmy, ale już wiem co przygotować na następny jam - bo te cernowe jam session to impreza comiesięczna.

Jeszcze jedna rzecz z tego wynikła, w sumie chyba najważniejsza: jest taki koncert w grudniu, nazywa się to chyba "15 minutes of Fame" i chodzi z grubsza o to że dowolny członek Music Clubu może się zgłosić i ma 15 minut na akustyczny występ. Ja od jakiegoś czasu biłem się z myślami i myślałem nawet o tym żeby sam z czymś wyskoczyć, ale teraz mnie olśniło - zaproponowałem Randy'emu wspólny secik Alice, Seth powiedział że chętnie zagra na basie no i mamy trio - dwie gitary, dwa wokale i bas. Taki mały powrót do korzeni - może być całkiem fajnie. Trzymajcie kciuki! Relacja będzie oczywiście, w swoim czasie.

piątek, 16 października 2009

Airbrush

Ciąg dalszy mojej nierównej walki z lakierem na samochodzie. Wygenerowane przez różne osoby i w różnych okolicznościach rysy i inne atrakcje jak narazie trzymają się dzielnie. A ja wytaczam kolejne działa. Szukania lakiernika we francji wolałbym uniknąć, więc próbuję wszystko zrobić sam. 

Zaczęło się od bzdurnych wynalazków typu "kredka koloryzująca" na drobne ryski, potem był zakup lakieru zaprawkowego w puszce i walka przy pomocy pędzelka... drobne zarysowania nawet w ten sposób dobrze się maskuje, ale np. ten zderzak co jakiś czas temu prostowaliśmy z Wojtalem (link) - tu już trzeba sporą powierzchnię pokryć. Próbowałem pędzlem - srebrne to owszem jest, ale na tym podobieństwa do reszty zderzaka się kończą. Niestety faktura farby nie ta itp.

Wróciłem zatem do przeglądania internetu w poszukiwaniu innych sposobów, ale wszędzie piszą że albo lakiernik albo samemu pistolet lakierniczy kupić i działać. Na pistolet, kompresor i cały osprzęt jakoś nie mogę się zdecydować - duże, skomplikowane, psika farbą po całej okolicy więc trzeba mieć dużo farby, maskę na twarz, specjalne pomieszczenia, maskować całe auto żeby nie ubrudzić... w końcu zdecydowałem się na wariant pośredni. Kupiłem airbrush - czyli po polsku, o ile się nie mylę, aerograf. W zasadzie to jest urządzenie do prac modelarskich i do malowania auta np. w płomienie (hehe), ale do punktowych napraw też powinien być ok. Zobaczymy.

Nie zdecydowałem się na zestaw z kompresorem, ale za to kupiłem w miarę sensowny (chyba) amatorski przyrząd w komplecie ze sprężonym powietrzem, wężykiem, środkiem czyszczącym itp. Do tego jakieś wynalazki typu rozcieńczalnik do farby, i jakieś inne cuda. Zawodowcy pewnie powiedzą że bez kompresora to gówniana robota, ale zobaczymy. Najwyżej się dokupi. Airbrush sciągnąłem ze Stanów, nawet płacąc $20 za wysyłkę wyszło sporo taniej niż kupując w Europie. 

A oto moje pierwsze dzieło - malowane wodą na ręczniku:

Teraz plan jest taki - jedno z miejsc do roboty jest na takiej plastikowej wstawce na przednim zderzaku. Przedni zderzak mam w planie zdejmować, bo coś krzywo jest trochę - chcę go zdjąć i założyć, może uda mi się założyć prosto. Przy okazji wymontuję tą wstawkę i potem w domu na balkonie będę się nad nią pastwił z moim nowym nabytkiem. Jeśli efekty będą sensowne i z grubsza opanuję podstawową technikę to wezmę się za resztę auta. Trzymajcie kciuki!